MIMOSZKOLNIE | Blog o edukacji i szkolnictwie.

Oct/12

21

Czarne chmury nad świetlicą

Dopiero co człowiek się zżymał i oburzał ze względu na  praktyki kierowania na komisariat dzieci, których rodzice nie zdążą odebrać na czas zamykania świetlicy ( działających zresztą  coraz krócej, bo nie ma kasy),  a tu weekendowej Gazecie Świątecznej  czyta, że spora część świetlic – ale tych środowiskowych, socjoterapeutycznych prowadzonych przez organizacje społeczne – w ogóle  może przestanie  działać.

Dlaczego? Jak dowiadujemy się z tekstu Pacewicza ( „Zabieramy Agnieszce rodzinę i dom” 20-21 października 2012) to  novum przyniosła ustawa o wspieraniu pieczy zastępczej i wspieraniu rodziny,  które nakłada  na prowadzenie świetlic bardzo rygorystyczne wymogi sanitarne i konieczność przejścia przez żmudne, dające małe szanse powodzenia, procedury.

Między godziwymi standardami  a powszechnym dostępem

Żeby była jasność,  elementarne bezpieczeństwo dzieci to kluczowa sprawa. Nie chodzi o to by je zaniedbywać. Wręcz przeciwnie, chodzi o to by je rozszerzyć – o wymiar socjalny i emocjonalny, a temu właśnie służy działalność świetlic socjoterapeutycznych. Państwo powinno wyznaczać pewne standardy, ale przy pomocy takich kryteriów i procedur by nie stanowiły one przeszkody dla organizacji społecznych w realizacji ich dotychczasowej misji. A tak się niestety dzieje. Jak czytamy we wspomniałym artykule „ W  Warszawie udało się zrejestrować kliku placówkom z około setki, w Białymstoku jednej na 16! Resztę czeka likwidacja”

W  tworzeniu regulacji podnoszących bezpieczeństwo i jakość życia nie można przedobrzyć.  Dobra polityka społeczna według mnie jest po części  sztuką szukania optymalnego kompromisu między jakością a dostępnością w warunkach istniejących lub potencjalnych zasobów.  Kwestia standardów jakości pojawia się w polityce społecznej na wielu frontach, zwłaszcza tam gdzie mamy do czynienia z miejscami gdzie sprawowana jest opieka nad ludźmi, szczególnie tymi zależnymi.

Kiedyś motyw ten pojawił się też gdy przeprowadzałem dla Nowego Obywatel wywiad   o  placówkach na rzecz bezdomnych. Mój rozmówca Bogdan Aniszczyk wskazał wówczas, że standardy faktycznie poprawiają warunki życia tych którzy znajdą się pod instytucjonalną opieką, ale przyczyniając się do podnoszenia kosztu pobytu wykluczą możliwość korzystania z pomocy części pozostałym. Tamci pozostaną  bez żadnych standardów,  na ulicy.

Przy świeczce zamiast w świetlicy

Podobnie może stać się z ubogimi  dziećmi, którym zamkną dostępną w okolicy świetlicę. Alternatywą będzie mało bezpieczne podwórko lub nie bardziej bezpieczny miejsce zamieszkania. Przypominają mi się w tym momencie kadry z filmu „ To ja złodziej” w którym główny nastoletni  bohater wraca po zmierzchu do domu i  mijając śpiących po libacji rodziców,   kładzie się spać  pod kocem w wannie, bowiem tylko tam może się położyć. Takie obrazki to nie fikcja filmowa.  Wiele dzieci nie ma własnego biurka, a  w czasie mojej ostatniej  wizytacji w jednym z   OPS na Pradze, dyrektor    wspominał o tym, że na skutek trudności wielu rodzin z uregulowaniem bieżących  rachunków, dzieci w środku Warszawy uczą się przy świeczce. Przy świeczce, a nie w świetlicy.

Pamiętajmy jednak przy tym , ze świetlice to nie tylko sposób na zapewnienie dzieciom namiastki bezpieczeństwa socjalnego ( tradycyjna funkcja polityki społecznej) ale także sposób na ich integrację i rozwój ( coraz częściej podnoszone funkcje nowoczesnej polityki społecznej)  dzieci i młodzieży  najbardziej zagrożonych wykluczeniem i marginalizacją. Nie są więc opiekuńczą przechowalnią, ale powinny być przestrzenią rozwoju, tak jednostki jak i społeczności.

Ku pedagogice ( coraz bardziej)  społecznej

Choć jestem zdania szkoła ze swym obligatoryjnym powszechnym dostępem i programem nadal powinna stać w centrum polityki edukacyjnej, powinna być otoczona instytucjami wspierającymi rozwój dziecka – zarówno społecznymi jak i publicznymi ( a także tymi, które działają na zasadzie partnerstwa).  Sama szkoła nie jest w stanie sobie poradzić z wielością funkcji i problemów często zakorzenionych w środowisku życia dziecka. Właśnie  do uwzględnienia środowiskowych uwarunkowań jednostki nawiązuje pedagogika społeczna, a świetlica socjoterapeutyczna może być jednym ze sposobów realizowania w praktyce tego co podpowiada pedagogiczna refleksja. Dzięki temu wsparciu także instytucje oświatowego rdzenia mogą funkcjonować lepiej. Sprawa świetlic nie jest więc peryferyjne z punktu widzenia całościowej funkcji systemu edukacji w Polsce.

Omówione tu  zagrożenie może stanowić przyczynek do dyskusji nad celami władzy publicznej i metodami jej realizacji.  Ostatnio kończę recenzowanie do Animacji Życia Publicznego książki mojego Andrzeja Zybały pod tytułem  „ Polityki publiczne”. W jednym rozdziałów poświęca sporo uwagi kwestii regulacji, które – jak zauważa autor- są „podstawowym instrumentem działania w politykach”. Jak wynika z przetoczonego przezeń spostrzeżeń prof. Surdeja jednym z poważniejszych ryzyk jest ryzyko przeciążenia regulacyjnego które oznacza, że „ Niewłaściwie sprofilowane regulacje mogą wywoływać trudności w dostosowaniu się do nich”.  Wydaje się, że z takową  sytuacją mamy do czynienia w omawianej sprawie.

Nie tylko  regulacje

Dotychczas wydawało mi się, że słabością obecnej władzy jest raczej przegięcie w drugą stroną, że wciąż ona tkwi w swych dawnych ideologicznych okowach, które każą jej widzieć deregulację lekiem na całe zło ( najwyraźniej widać to obecnie w myśleniu Gowina i jego stronników). Przez pewien czas miałem nadzieję jednak, że platforma z  Tuskiem u steru raczej dryfuje w kierunku zbalansowanej pragmatycznej  orientacji. Wyrazem tego miała być przyjęta przed półtora laty tzw. ustawa żłobkowa, której jednym z ważnych punktów było zniesienie zbyt wysokich wymogów ( analogicznych do placówek służby zdrowia) dla zakładania i prowadzenia żłobków, co miało spowodować wzrost podaży tego typu placówek.

Cóż,  faktycznie odnotowaliśmy wzrost liczby żłobków + innych form opieki nad małym dzieckiem jakie przewiduje wspomniana ustawa, ale jest to wzrost nierównomierny, nierównomiernie rozłożony w skali kraju i istotnie obciążający finansowo samych rodziców, co dla części może być barierą zaporową.
W istocie,  problemu z oczekiwanym rozwojem infrastruktury żłobkowej ( a także szerszej infrastruktury opiekuńczej) nie da się sprowadzić do takich czy innych regulacji, ale należy szukać jego źródeł także w poziomie i sposobie ich finansowania oraz poziomie świadomości władz i obywateli. Głównym problemem nie jest przerost biurokracji, ale niedobór wiedzy i środków oraz ich wadliwa dystrybucja między sektorami i szczeblami administracji.

Państwo uniemożliwiające

Ale są sytuacje że nawet przy istniejących, niewielkich zasobach, złe regulacje mogą utrudnić ich wykorzystanie. Szczególnie ważnym zasobem jest wola ludzi do bezinteresownego poświęcania swojej energii w słusznym społecznym celu oraz doświadczenie zgromadzone przez nich.  Tego typu zasoby zostały zgromadzone w ludziach, którzy tworzą i prowadzą świetlice socjoterapeutyczne i w kapitale społecznym który zgromadzili. Liberalny komentator powie, że w takich sytuacjach państwo powinno nie przeszkadzać. Ja postawiłbym władzy poprzeczkę nieco wyżej – nie tylko nie przeszkadzać, ale także pomagać.
Jeśli problemem wielu dotąd istniejących świetlic, to władze lokalne powinno dołożyć własnych starań by znaleźć odpowiednie pomieszczenia lub dostosować istniejące do stanu w którym można byłoby mówić o spełnianiu standardów.  Rozwiązaniem nie jest likwidacja świetlicy i zaprzestaje jej działalności
.
W  toczonych od lat dyskusji na temat kierunków przekształceń państwa opiekuńczego nieraz pojawiała się koncepcja enabling state, państwa umożliwiającego. W Polsce w niektórych sprawach miewamy scenariusz przeciwstawny – państwa uniemożliwiającego działanie.

Często ofiarą przeregulowania pada właśnie to co dzieje się w sferze społeczno-obywatelskiej i to w tych jej fragmentach, gdzie chodzi o pomoc najsłabszym. Pamiętacie głośne przed paroma miesiącami  zagrożenie jakie pojawiło się przed wolontariatem w placówkach zdrowotnych. Zgodnie z wprowadzonymi wcześniej zapisami placówki zdrowotne uznane za podmioty prowadzące działalność gospodarczą  nie mogły korzystać z opieki wolontariuszy  ( mimo ze – co przytomnie wskazywali  protestujący – tego typu wsparcie miewa fundamentalne znaczenie dla dobrostanu osoby ciężko chorej).  Organizacje się tym zajmujące się wówczas skrzyknęły i łącząc siły przeforsowały zmianę zapisów, by działalność taka wciąż w świetle prawa była możliwa. Nawiasem mówiąc skutkiem tamtejszej awantury było przyspieszenie konsolidacji i integracji ich środowisk  w tej sprawie.   Miejmy nadzieję, że i w sprawie świetlic powstaje analogiczny ruch protestu, który doprowadzi do zmiany niekorzystnych regulacji a także będzie działał na rzecz poprawy warunków w tym obszarze w przyszłości.

Od przeregulowania do prywatyzacji

Nawet  gdyby tak się stało, cała sytuacja nie jest bynajmniej zadowalająca. Nie chcę, żeby głównym katalizatorem większych inicjatyw społecznych była niewydolność państwa. Taki stan rzeczy przyczyni się niepostrzeżenie do czegoś jeszcze groźniejszego niż  mało sensowne regulacje danej sfery życia. Mianowicie, będzie stanowił wodę na młyn dla tych wszystkich środowisk, którym bliska jest stara neokonserwatywna maksyma „ Big government is not a soution to our  problem. Gig governmet is the  problem”.  A jeśli ta wizja demontażu państwa jeszcze silniej się u nas zadomowi, będziemy mieli jeszcze więcej problemów społecznych, których nie rozwiąże  skądinąd wartościowa oddolna  działalność świetlic socjoterapeutycznych.

Poza tym nie chodzi wyłącznie o potencjalne zagrożenia, ale o to za jakim państwem się odpowiadamy. Czy za państwem które przez nieprzemyślaną politykę, będzie liczyć, że zmotywuje rzeczywistość społeczną do skorygowania jego błędów? Czy też odwrotnie, państwo które reaguje na niedoskonałości rzeczywistości społecznej i skutecznie na nie odpowiada?

No tags

System edukacyjny powinien wyciągać do rodziców pomocną dłoń a nie pokazywać represyjną pięść. Koniec końców uderza ona w bezbronne dziecko.

Jak podał dzisiejszy Dziennik Gazeta Prawna( 18 października 2012)  szkoły na różne sposoby dyscyplinują
rodziców, którzy nie dostosowują się do szkolnych regulaminów. Jak się okazuje także do harmonogramu czasu jej pracy. Dodajmy, czasu często dość krótkiego i niezsynchronizowanego z czasem pracy samych rodziców. Jak mówi gazecie Grażyna Puchalska z Komendy Głównej Policji : „ Nie prowadzimy tego typu statystyk, ale z naszych informacji z regionów wynika, że rodzice rzeczywiście odbierają dzieci z komisariatu, bo nie zdążyli do świetlicy”. Świetlice są często otwarte do 16 i 17, więc wielu rodzicom może być trudno zdążyć, zwłaszcza gdy pracują daleko od szkoły.

 

Co więcej czas otwarcia skraca się z przyczyn ekonomicznych. Jak czytamy dalej: Świetlice są zamykane coraz wcześniej z powodów finansowych – samorządy nie mają pieniędzy na prowadzenie dłużej tych obiektów. Tak jak na przykład w Szkole Podstawowej nr 7 w Tychach. Tam w
ubiegłym roku rodzice mogli zostawić dzieci do 17, a w tym – do 16
”.

 

Najboleśniejsze skutki tych praktyk ponosi jednak sam uczeń. Wyobraźmy sobie małe biedne, bezbronne dziecko, po które nikt nie przyszedł. Już sam widok, że po rówieśników przychodzą dorośli, a ono zostaje samo jest nieprzyjemny. Może temu towarzyszyć poczucie opuszczenia a także naznaczenia ( co też jest zależne od tego jak zachowują się rówieśnicy i świetlicowi opiekunowie). A później jeszcze czeka ich wizyta w komisariacie. Dla wielu, jeśli nie dla wszystkim, uczniów jest to sytuacja stresogenna.

 

Tymczasem stresów – przynajmniej niektórych – należałoby dzieciom oszczędzić.  Być może element stresu w
życiu szkolnym nie bywa szkodliwy, o ile działa motywująco, np. przed szkolnym testem ( choć i tu można się zastanowić czy nie przedłużyć okresu kształcenia  z obecnych klas I-III, w którym zamiast testów
na oceny robione są diagnozy postępów w nauce, jak to ma miejsce w szkołach skandynawskich). O ile  ten ostatni
postulat – zgłaszany ostatnio choćby przez dr Sadurę – jest wart przedyskutowania, o tyle nie ulega dla mnie wątpliwości że pewne rodzaje stresu i nieprzyjemności powinny być dzieciom oszczędzone. Zwłaszcza, że wiążą się z sytuacją na które
one nie mają wpływu.

 

Jeśli dzieci mają oswajać się z wizerunkiem komisariatu i funkcjonowaniem policji, powinno to być robione w ramach ścieżek przedmiotowych lub na lekcji wychowawczej, np. poprzez wizyty funkcjonariuszy policji, którzy opowiadaliby dzieciom o zasadach bezpieczeństwa, o możliwościach pomocy ze strony tych służb itd. Wtedy to ma sens, ale nie wówczas gdy bogu ducha winne dziecko po godzinach tuła się po komisariatach w oczekiwaniu aż odbiorą je stamtąd rodzice.

 

W tym roku obchodzimy Rok Korczakowski  upamiętniający wybitnego pedagoga i humanistę który apelował by istniejące instytucje dostosowywać do wrażliwości dziecka, by zapewnić mu opiekę i emocjonalne bezpieczeństwo, by nie czuło się osamotnione w swoim społecznym i instytucjonalnym otoczeniu. Jako socjaldemokrata nie jestem
przeciwny by dzieciństwo przebiegało w otoczeniu rozmaitych instytucji edukacyjno-społecznych, jednak nie w taki sposób jak tu, gdzie wrażliwość i podmiotowość dziecka nie jest brana pod uwagę, a istniejące praktyki raczej
pogłębiają jego alienację w świecie dorosłych i rówieśników.

 

Warto jednak zwrócić przy tej okazji  na dwa procesy leżące u źródeł tego problemu.

Po pierwsze, wymiar opiekuńczy systemu oświaty szwankuje. Zamiast go rozszerzać, uszczupla się go, czego namacalnym wyrazem jest krótszy czas otwarcia szkolnych świetlic. Myśleniu w kategoriach monetarnym ustępuje myślenie o dobrostanie dziecka i jego potrzebach w zakresie opieki. Także w czasie pozalekcyjnym.  Należy się zastanowić co zrobić by świetlice mogły działać dłużej. Najlepiej w godzinach jeszcze późniejszych niż
17.00.  Może należy przeznaczać środki na zatrudnienie dodatkowych opiekunów lub zamiast zwalniać nauczycieli zobowiązać
ich do dłuższego czasu pracy poza pensum tablicowym?). Przypomnijmy, że dla wielu dzieci, z rodzin żyjących w nędzy ( np. w domach gdzie nie mają własnego kąta, a lekcje mogą odrabiać przy świeczce, bowiem wyłączyli prąd, na co mi
zwrócił uwagę ostatnio dyrektor jednego z praskich MOPS-ów),  a tym bardziej w rodzinach dysfunkcyjnych,
możliwość dłuższego pobytu w świetlicy to wybawienie.

Po drugie, w świetle takich sytuacji jak ta wyżej opisana,  w całej okazałości widzimy uboczne skutki likwidacji tak dużej liczby placówek szkolnych. Dzieci nadal zachowują bezpłatnego kształcenia w szkole publicznej, ale muszą do niej dojeżdżać daleko. Dla wielu rodziców odebranie ich w wąsko wyznaczonych porach może być trudne,
jeśli to koliduje z terminami pracy. A do tego trzeba doliczyć dojazd, co dla osób niezmotoryzowanych nie przebiega błyskawicznie. Osoby takie i tak narażone na niedogodności są jeszcze dodatkowo karane. Na to się nakłada fakt, że
mnóstwo osób pracuje w formach pozakodeksowych ( często wykonując czynności które kwalifikowałyby się do umowy o pracę, ale w obliczu czyhającego za plecami widma bezrobocia, boją się o to upomnieć) gdzie często są zmuszeni do nie-
limtowanej pracy w nadgodzinach, w czasie nieregularnym. Zresztą nawet etatowi pracownicy często jak mogą biorą nadgodziny, zwłaszcza, że płace realne ( czego dowodzą choćby wyniki badań GUS za ostatni kwartał) spadają,  a udział working poor wśród posiadających umowę o pracę jest również wysoki.  Często rodzice więc nie zdążają na ( restrykcyjnie wyznaczony) czas nie z własnej winy ( zresztą nawet gdyby były to spóźnienia „ zawinione” i system powinien  dołożyć starań by jak najmniej ucierpiało na tym dziecko.

 

Warto zatem na tytułową praktykę spojrzeć  w świetle tych głębszych procesów, a nie w oderwaniu od nich. Trudno bowiem ten problem rozwiązać wprowadzając taki a taki zapis w obowiązującym prawie lub w szkolnym regulaminie. Mamy za to do czynienia ze struktruralnymi sprzecznościami między opiekuńczymi zadaniami szkoły a niewystarczającymi zasobami ( finansowymi, czasowymi, kadrowymi) przeznaczonymi  na ten cel.

 

Powyższe rozważania pokazują, że na wielu polach człowiek jest dyscyplinowany względem sztywnym ram ekonomicznych, a gdy nie uda mu się w nich zmieścić, jest surowo karany. Tymczasem to właśnie owe instytucje powinniśmy dostosowywać do ludzkich potrzeb, rodziców i dzieci.

 

Powyższy artykuł zatytułowałem „ Z  świetlicy na komisariat”. W sensie literalnym chodzi oczywiście o to co nieraz dzieje się z dzieckiem po szkole. Ale w sensie metaforycznym ów tytuł symbolizuje pewne ( potencjalne lub już istniejące)
kierunki rozwoju polskiego systemu oświaty. Jeśli nie będzie system  wydolny w realizacji swych funkcji wychowawczych czy opiekuńczych, konsekwencje tego będą spływały do komisariatu. Im mniej sprawnego działania służb opiekuńczych(
socjalnych i edukacyjnych) tym częściej będą wkraczały służby o profilu siłowym, związane z zapewnieniem bezpieczeństwa.  Nie takiej drogi życzyłby polskim dzieciom Korczak i nie taka droga doprowadzi nas do inkluzyjnego społeczeństwa wiedzy.

 

 

(more…)

No tags

Oct/12

16

(Prawie) wszystko zgodnie z prawem.

 

W ujawnionej w poniedziałek, skandalicznej historii jednego z wrocławskich klubów malucha – punktu żłobkowo-przedszkolnego „Zaczarowana Kraina Puchatka” – nie ma pozytywnych bohaterów. Są ofiary – katowane dzieci – i wielu oprawców, spośród których jedni grzeszą chciwością, inni zaniechaniem. (more…)

· · ·

Myśląc  o misji dzisiejszej  szkoły i szerzej – oświaty,   zastanawiam się nad jej relacjami z tym, co dzieje się  na zewnątrz, w społecznych uwarunkowaniach jej funkcjonowania. Ten problem pojawia się także, a może zwłaszcza, gdy myślimy o roli opiekuńczej szkoły, czym ostatnimi czasy się zajmuję. Czy owa opiekuńczość ma oznaczać wyłącznie zapewnienie dzieciom dobrostanu wówczas gdy znajdują się w murach szkolnych  – w czasie lekcji, przerw i zajęć pozalekcyjnych? Być swoistym bastionem  fizycznego,  socjalnego i nieraz także  emocjonalnego bezpieczeństwa dla dzieci, które znajdą tu możliwość  rozwoju, stabilność, troskę i oparcie, których nie zawsze doświadczają w swoim środowisku?    Realizacja już nawet  tak zarysowanej wizji,  gdyby zestawić ją  z realiami wielu polskich szkół, brzmi dość utopijnie.

Ale czy nie należałoby postawić cel jakim jest edukacyjna opiekuńczość jeszcze o krok  dalej ,  tj. przyjąć,  że szkoła powinna nie tylko chronić przed niekorzystnymi społecznymi warunkami życia dziecka ale także
uczestniczyć (wespół z innymi instytucjami) w kształtowaniu owych warunków
?

(more…)

No tags

Władze Wrocławia od lat prezentują swoje poczynania jako pasmo sukcesów na drodze  ku modernizacji. Inwestuje się sporo, także w promocję, ale odbywa się to niestety kosztem celów, których realizacja jest znacznie mniej spektakularna, ale społecznie nie mniej potrzebna. Przykładem są działania na rzecz grup w trudniejszej sytuacji. Niekiedy zaniedbania na tym polu wychodzą na wierzch. Tak się stało ostatnio, gdy ujawniono, iż miasto nie przeznacza na edukację dzieci autystycznych środków otrzymanych na ten cel z budżetu. Chodzi o kwotę  6,5 mln zł rocznie, co daje 45 tys.w przeliczeniu na jedno dziecko.

(more…)

No tags

Sep/12

16

Komisja Europejska o regionalnych nierównościach edukacyjnych w UE

 

To, w której części Europy żyjesz może istotnie wpływać na Twoje wykształcenie i perspektywy życiowe – wskazuje Komisja Europejska w swoim najnowszym i jednocześnie pierwszym tego rodzaju raporcie: Mind the Gap – education inequality across EU regions (w wolnym tłumaczeniu: Uwaga na odstęp – nierówności edukacyjne w regionach Unii Europejskiej). Ujawniając znaczące różnice w poziomach nierówności edukacyjnych między państwami członkowskimi, a także silne zróżnicowanie terytorialne na szczeblu regionalnym (między regionami wewnątrz poszczególnych państw), raport wzywa rządy państw Unii do podjęcia bardziej zdecydowanych działań na rzecz zmniejszenia tych nierówności. (more…)

· ·

May/12

17

Bakalarczyk: Bolesne cięcia

Likwidacja szkół  staje się   zjawiskiem  coraz bardziej masowym.  Warto już teraz myśleć o jego skutkach, zwłaszcza w odniesieniu do grup najsłabszych –  uczniów dotkniętych wykluczeniem społecznym  i niepełnosprawnością. To one  najboleśniej odczują skutki dokonanej reorganizacji sieci szkół.

Koszty oddalenia

Najbardziej oczywistą konsekwencją zmian będzie oddalenie miejsca nauki od miejsca zamieszkania. Rodzi to duże koszty jak i niedogodności. W pierwszym oświadczeniu programowym „ Porozumienia Oświatowego[1 dokładnie je wymieniliśmy.

Są to: po pierwsze,   koszty finansowe związane z organizacją  dojazdu. Niezależnie od tego w jakiej mierze opłacą je  gminy, a w jakiej  rodzice – społeczności będzie to słono kosztować,  Po drugie,  są to koszty czasowe ( jak pokazała kontrola NIK z 2009 roku w Warmii i Mazurach wiele uczniów pozostawało poza domem wiele godzin oczekując po lekcjach   na odwiezienie do domu przez zorganizowany transport.[2] Dziś wiele uczniów z obszarów wiejskich spędza kilkadziesiąt minut w drodze do szkoły, z uwagi na to, że konieczność objechania wielu wsi wydłuża czas dojazdu do szkoły.[3] Po trzecie, realnym kosztem ( choć nie przeliczalnym łatwo na pieniądze) jest zmniejszenie bezpieczeństwa  dzieci w drodze do  daleko położonej szkoły. Wszystkie te  koszty niepostrzeżenie mogą przełożyć się na obniżenie kapitału rozwojowego w młodym pokoleniu. Szczególnie jednak boleśnie mogą odczuć to uczniowie i rodzice z grup defaworyzowanych – niepełnosprawnych oraz tych dotkniętych ubóstwem ( część doświadcza obydwu ryzyk jednocześnie – według danych GUS wśród rodzin z przynajmniej jednym dzieckiem  niepełnosprawnym, 11%  nie przekracza granicy minimum egzystencji!)

Zahamowanie inkluzji

Jeśli chodzi o dzieci ubogie, zwłaszcza na obszarach wiejskich, często mogą one nie trafić na czas do  szkoły,  zwłaszcza  że ich rodzice niekoniecznie posiadają samochody, co nie jest rzadkością na terenach wiejskich.  Z kolei transport publiczny nie zawsze działa na polskiej prowincji. Przez minioną dekadę można było obserwować
wygasanie  zarówno połączeń kolejowych  jak i autobusowych. Jak pisała niedawno Rzeczpospolita Coraz mniej jest połączeń autobusowych i kolejowych. Z rocznika statystycznego GUS wynika, że w 2000 roku z regularnych połączeń autobusowych skorzystało 826,6 mln podróżnych. W 2010 roku już tylko 476,1 mln. Polacy autobusami i pociągami nie jeżdżą, bo na prowincji ich już prawie nie ma.”.[4]

Także w dużych miastach dowożenie dzieci środkami miejskiego transportu bywa dla wielu rodzin nie lada problemem. I logistycznym i finansowym. Dla przykładu w Warszawie, gdzie pod nóż poszło w tym roku wiele
szkół, równocześnie mamy do czynienia z podwyżką cen biletów. Gminy mają obowiązek zapewnienia dzieciom transportu jeśli szkoła położona jest powyżej 3 km. od miejsca zamieszkania ( klasy 0-IV) lub 4 km ( klasy V-VI i gimnazja), zaś najubożsi pobierający zasiłek rodzinny mogą dostać dodatek w wysokości 50 zł ( za dojazd do innej miejscowości) lub 90 zł (  w związku zamieszkaniem  poza własnym domem, w miejscowości w której
dziecko pobiera naukę). Wszystko to są koszty publiczny, a realizację tych zasad nie każda uboga rodzina jest gotowa się upomnieć. Poza tym by dostać dodatek trzeba znaleźć się pod restrykcyjnym progiem dochodowym – 504 zł. W rodzinie lub 583 gdy w rodzinie jest dziecko niepełnosprawne. Wiele rodzin niezamożnych, choćby minimalnie przekraczających niski próg,   jest zatem pozbawionych wsparcia.

Drugi problem wiąże się z tym, że chodzenie do szkoły poza miejscem zamieszkania rodzi  potencjalnie
większe trudności w kontaktach zarówno ze społecznością lokalną jak i instytucjami wsparcia, które działają w okolicy zamieszkania dziecka. W przypadku dzieci ubogich ma to ogromne znaczenie. Już teraz  koordynacja i komunikacja między służbami społecznymi a placówkami edukacyjnymi – szwankuje. A to od współpracy między
tymi instytucjami – o czym szerzej pisałem w Nowym Obywatelu[5] – zależy właściwe zidentyfikowanie potrzeb i deficytów rozwojowych dziecka oraz skuteczne zaadresowanie adekwatnego wsparcia. Co gorsza, nawet jeśli udałoby się nawiązać i uruchomić trwałą i pogłębioną współpracę między wspomnianymi instytucjami , w sytuacji oddalenia szkoły od miejsca zamieszkania, istnieją obawy, że będzie ona  słabo zakorzeniona w środowisku życia dziecka. Nie wystarczy bowiem dobra współpraca instytucji. Potrzebne jest również jej osadzenie w społeczności, w której dziecko się wychowuje. Odległość szkoły  od miejsca zamieszkania często fizycznie uniemożliwia dzieciom wiejskim korzystania z zajęć pozalekcyjnych i wyrównawczych. Jak wskazują specjaliści Federacji Inicjatyw Oświatowych wiele  dzieci nie może w nich partycypować z uwagi na to, że ostatni autobus do domu odjeżdża wcześniej niż kończą się owe zajęcia.

Bariery integracji

Nie lepiej wygląda sytuacja uczniów niepełnosprawnych, nawet tych nie cierpiących z powodu ubóstwa. Jedna
nauczycielka ze szkoły integracyjnej  w Łodzi powiedziała mi,  że omawiana likwidacja szkół może zaprzepaścić szanse na  edukację integrację dzieci niepełnosprawnych. Obawy związane z likwidacją szkół,  można rozszerzyć także na nauczanie włączające ( w ramach szkół masowych i ogólnodostępnych klas). Konieczność
dojazdu może prowadzić nie tylko do niedogodności, ale niekiedy stanowić wręcz barierę w korzystaniu z edukacji. Transport publiczny, zwłaszcza na obszarach peryferyjnych nie jest przygotowany dla przewożenia dzieci z
niepełnosprawnością ruchową. Dla wielu z nich to, że szkoła znajduje się w pobliżu jest jedyną szansą na uczestnictwo w edukacji razem z innymi. Także dzieci z niepełnosprawnościami intelektualnymi mogą boleśnie odczuć konieczność dojazdów. Są to często dzieci mniej przewidywalne, o zaburzonych możliwościach
oceny sytuacji i w związku z tym szczególnie narażone na niebezpieczeństwo na drodze, z dala od domu. A nie wszyscy rodzice  mogą pozwolić sobie na dowożenie i pilnowanie swoich pociech. Część z tych dzieci  w tej sytuacji może  wypaść poza system oświaty, co odbierze im szanse rozwoju jak i budowania  więzi społecznych z rówieśnikami. Rodzice zaś mogą zostać zmuszeni do rezygnacji z pracy przynajmniej w dotychczasowym wymiarze, co zwiększa ryzyko ubóstwa.

Pogłębianie izolacji

Problem zapewnienia transportu dla niepełnosprawnych uczniów nie jest problemem nowym, związanym wyłącznie z postępującą likwidacją szkół.  Dotyka już od dawna  także wiele uczniów, którzy uczą się w ramach
szkół specjalnych. Wobec deficytu realnych możliwości  kształcenia w szkołach czy klasach integracyjnych
bądź masowych, często szkoła specjalna jest jedyną alternatywą względem pozostania w domu. Wiele szkół specjalnych położonych jest na obrzeżach miasta lub wręcz poza nim, z mało gęstą siecią komunikacyjną. Bywając w jednej z takich szkół w Łbiskach (pod Piasecznem) miałem okazję nieco dokładniej to zaobserwować. Sama szkoła, choć wydawała się przestrzenią bardzo przyjazną dla niepełnosprawnego dziecka, położona była w otoczeniu dość  odludnym, z dala od większych kompleksów zabudowań.  Niemała część uczniów mieszka więc z internacie ( żeby jednak przejść ze szkoły do internatu, trzeba przejść przez szosę, co jest niebezpieczne i rodzi konieczność ciągłego nadzoru).  Umieszczenie dziecka w tego typu internacie to nie tylko dodatkowy koszt dla rodziców, ale i ze swej istoty niezbyt korzystna sytuacja dla przebywających tam dzieci.  Dzieci przebywają w swoistej izolacji, z dala
od rodziców, co ogranicza  z jednej strony ich  emocjonalne bezpieczeństwo i potrzeby rodzicielskiego ciepła, a z drugiej strony utrudnia włączenie rodziny w proces wychowania i opieki przez szkołę, co byłoby wskazane z punktu widzenia rozwoju dziecka, zwłaszcza wymagającego z przyczyn społecznych lub biologicznych szczególnego wsparcia. Ponadto, dziecko przebywając w internacie tylko z dziećmi niepełnosprawnymi, nie ma zbyt wielu możliwości kontaktów z dziećmi pełnosprawnymi, co przyniosłoby obustronne korzyści. Żeby była jasność,
internaty bywają potrzebne, jednak społecznie szkodliwe jest by przebywało  w nich coraz więcej dzieci niepełnosprawnych z uwagi na brak oferty edukacyjnej dla nich w pobliżu miejsca zamieszkania. A masowy proces likwidacji szkół do tego prowadzi, dorzucając kolejny głaz na drodze ku bardziej integrującemu i włączającemu modelowi edukacji w Polsce.
***

Przedstawione w artykule argumenty powinny dać do myślenia decydentom. Tam gdzie nie jest możliwe już  z przyczyn prawnych czy ekonomicznych  zatrzymanie procesu likwidacji placówek, warto dołożyć starań by złagodzić tego skutki – by oddalenie szkoły od miejsca zamieszkania w jak najmniejszym stopniu nie tworzyło barier i nie przekładało się na indywidualnie ponoszony koszty dla dzieci i ich rodziców, zwłaszcza tych najsłabszych – niepełnosprawnych i wykluczonych. Zniknięcie z mapy Polskiej oświaty wielu szkół różnych szczebli staje się faktem. Jest jednak także wyzwaniem dla reorganizacji systemu by pełnił on w nowych warunkach  funkcje opiekuńcze, integracyjne i wyrównawcze.

Artykuł w nieco skróconej i zmodyfikowej wersji ukazał się pierwotnie w tygodniku społeczno-oświatowym ” Głos nauczycielski” z dnia 16 maja 2012


[1] http://www.demokratyczne.pl/984/stanowisko-dzs-razem-przeciwko-likwidacji-szkol-szkol-za-nowoczesna-i-egalitarna-edukacja
[2] Por. http://nowyobywatel.pl/2012/03/11/coraz-dalej-do-szkoly

[3] tamże.

[4]A.Niewińska, Degradacja Polski powiatowej, Rzeczpospolita, 30 marca 2012 r.

http://www.rp.pl/artykul/852454.html

[5] R.Bakalarczyk, Między edukacją a pomocą społeczną, w: Obywatel, nr 4/2011

No tags

Znane słowa,  które miała rzec ongiś Anna Walentynowicz iż  „Każdy ma tyle wolności,  ile sam sobie weźmie” zdają się niestety   pasować do opisu sytuacji wielu defaworyzowanych grup w Polsce. Przykładem są dzieci niepełnosprawne w systemie oświaty. Parafrazując powyższy cytat, można powiedzieć, że mogą one cieszyć się taką liczbą praw edukacyjnych, ile ich rodzice dla nich wywalczą. Jak pisze Ewa Winnicka w tekście „ Uszarpani” [1]system z założenia nieźle wspiera tę grupę, w praktyce jednak by prawa ich były realizowane, rodzice muszą je sobie wyszarpywać ( zwłaszcza poza  segmentem szkół specjalnych).  W przeciwnym razie system z chęcią pominie potrzeby ich i ich dzieci.

Niestety dużo w tej diagnozie racji, aczkolwiek można się spierać   – także na gruncie wiedzy zaprezentowanej w artykule – czy samy ramy prawne są rzeczywiście  korzystne dla dzieci niepełnosprawnych? Dobrze skonstruowany system praw w duchu prospołecznym, powinien nie tylko zawierać zapisy mówiące o tych prawach, ale także zapisy o gwarancji  tych praw egzekucji. I tu właśnie polska edukacja szwankuje. (more…)

No tags

Edukacja integracyjna jest często rozumiana jako włączenie dzieci niepełnosprawnych do głównego nurtu nauczania i wychowania wraz z innymi dziećmi,  a nie pozostawianie ich osobnym segmencie szkolnictwa specjalnego. Integracja jest tu zaprzeczeniem segregacji. Choć na gruncie pedagogiki społecznej edukację integracyjną rozpatruje się na wielu płaszczyznach ( por. D. Al-Khamisy, Edukacja przedszkolna a integracja społeczna, Warszawa 2006, s 114-118 ) najczęstsze rozumienie tego pojęcia jest takie  jak wyżej. W praktyce polskiej polityki oświatowej ową integracyjność  wyraża  tendencja do  umieszczania  coraz więcej dzieci niepełnosprawnych w segmencie integracyjnym i włączającym,  przy jednoczesnym ograniczaniu liczby dzieci uczących się w szkołach specjalnych.   Niezależnie na ile uważamy ten kierunek za słuszny ( moim zdaniem taki jest, pod warunkiem, że zastosowane będą z rozmysłem i wyczuciem odpowiednie narzędzia – w klasie integracyjnej służy temu np. dodatkowa obecność pedagoga specjalnego obok nauczyciela przedmiotu) warto pamiętać, że do pewnego stopnia integracja powinna być stosowana także wobec dzieci, które nadal zostaną – choćby ze względu na poziom i rodzaj niepełnosprawności – poza systemem powszechnym, w szkołach specjalnych.

Sam dotychczas bardziej zajmowałem się sytuacją dzieci niepełnosprawnych w ogólnodostępnym i integracyjnym systemie kształcenia, jednak społecznie uzasadnione jest przekroczenie tego horyzontu i podjęcie działań na rzecz włączenia w procesy integracyjne także tych, którzy na co dzień uczą się w szkołach specjalnych,  z dala od możliwości kontaktu z pełnosprawnymi rówieśnikami.  Ostatnio miałem okazję uczestniczyć w tego typu praktyce w jednej ze szkół specjalnych. Doświadczenie to natchnęło mnie ku kilku refleksjom systemowym. Ale najpierw opis przypadku.

                                                        Integracja bez interakcji

Integracja polegała na tym, że do szkoły specjalnej, gdzie uczą się dzieci o zróżnicowanym poziomie niepełnosprawności intelektualnej przybyła grupa uczniów, na oko w wieku gimnazjalnym czy z pierwszych klas szkoły średniej, wyselekcjonowana przez fundację zajmującą się integracją przez sport i kulturę. Integracja polegała na tym, że dzieci otrzymały arkusze papieru, z których mieli odrysowywać z matrycy a następnie kolorować motyle, a ich  część miała być powielona na szkolnej ścianie. Pomysł jak najbardziej trafny. Tyle, że w praktyce ujawniły się słabości.  Na kilkunastoosobową grupę gości przypadła tylko trójka dzieci ze szkoły, która była gospodarzem. Uczniowie ci usiedli z brzegu w swoim gronie, a reszta w małych grupkach w innych częściach korytarza. Słowem: nawet podczas zajęć z integracji doszło do samorzutnej dezintegracji w przestrzeni, w której zetknęły się dzieci. Uczniowie ze szkoły specjalnej pracowali de facto osobno i osobno uczniowie z zewnątrz. Poza tym każdy pracował sam, ewentualnie w parach. Efektem był niemal zanik interakcji między obydwoma grupami, która mogłaby właśnie stanowić instrument integracyjny.

Gdy nauczycielka która zaprosiła mnie do pomocy tego dnia, powiedziała, że tak właśnie wygląda źle zorganizowana integracja, powiedziałem to pani z Fundacji która przywiozła młodzież i zasugerowałem, że może wystarczyło jednak jakoś dzieci wymieszać ze sobą, by przez ten krótki czas się choć trochę poznały. Ona od razu skoczyła do swoich podopiecznych i zasugerowała, żeby ci którzy skończyli, przysiedli się do uczniów ze szkoły specjalnej i wraz z nimi malowali na wspólnym kartonie. Tak też się stało – część  młodzież pracowała obok siebie, zawiązały się między innymi rozmowy itp. Nie wiem czy jestem dość wnikliwym  obserwatorem,  ale wydaje mi się, że wzajemny stosunek dzieci z obydwu grup był życzliwy i integracja, choćby krótkotrwała, była możliwa.

Jednocześnie jej potencjał wciąż był ograniczony. Pierwszym ogranicznikiem był czas – czy w ciągu godziny zajęć można się poznać, zrozumieć? Raczej nie. Drugim ogranicznikiem było to, że dzieci z jednej grupy  było kilka razy więcej niż  z drugiej,  przez co część była wykluczona z bezpośredniej możliwości integracji.

                                                                Do czego należałoby dążyć?

Moim zdaniem:

po pierwsze – do tego by od początku dzieci ze sobą były wymieszane i angażowane do tych samych, wspólnych zadań.

 Pod drugie, dobrze  byłoby aby były to zadania zespołowe, ale z jednej strony do wykonania  w małych zespołach ( duża grupa może nie sprzyjać bardziej osobowym relacjom),  a z drugiej  – by nie były zbyt trudne ( by każdy mógł je z grubsza wykonać i nikt nie czuł się gorszy),

po trzecie, dobrze byłoby gdyby liczba dzieci z dwóch szkół była w miarę symetryczna, by każdy mógł uczestniczyć w bezpośredniej integracji;

 po czwarte,  by spotkania odbywały się nie jednorazowo, ale co najmniej kilka razy – wówczas jest szansa na stworzenie nieco trwalszej więzi między jednostkami.

Po piąte, ważna wydaje się integracja nie tyle w czasie pracy ( czyli w przypadku dzieci – w czasie nauki) tylko  w czasie wolnym, a więc na przykład wówczas gdy dzieci jedzą razem posiłki czy oddają się rozrywce. Duże pole działania dają wspólne wyjazdy, ale takie rozwiązanie choć pożyteczne wymaga dużych nakładów czasowych, ludzkich, finansowych  i organizacyjnych, więc trudno prawdopodobnie je zastosować na skalę systemową.

Integracja, która by wychodziła w kierunku dzieci ze szkół specjalnych niestety nie jest wciąż popularna, a nawet istniejące inicjatywy – jak ta, której przypadek opisałem powyżej, często nie spełniają wspomnianych warunków powodzenia.

Obok powyższych  uwag szczegółowych, warto  na koniec dodać dwie ogólne.

1)   Edukacja integracyjna powinna być zjawiskiem nie tylko wewnątrzszkolnym, ale także międzyszkolnym. Dzięki temu możliwa będzie włączenie w proces integracyjny dzieci i młodzież, które uczą się w szkołach specjalnych. Integracja wiąże się z filozofią inkluzywnego ładu społecznego, a więc powinna ze swej  istoty nie wykluczać dzieci ze względu na typ szkoły do jakiej uczęszczają. Każdy chętny powinien mieć możliwość udziału w niej.

2)   Integracja uczniów powinna zachodzić także w przestrzeni pozaszkolnej, a przynajmniej w   czasie pozalekcyjnym. Być może  w tym celu warto wykorzystać w większym niż dotąd stopniu powstałe w minionym roku rządowe „ Orliki” a także   mające powstawać na dużą skalę w czasie rządów bieżącej kadencji „ Świetliki”?

No tags

W wielu krajach,  w opracowaniach na temat wykluczenia edukacyjnego, czynnikiem który się uwzględnia jest pochodzenie etniczne dziecka. W Polsce ten wątek poruszany jest rzadziej, co ma swoje źródło w stosunkowo jednolitej narodowościowo strukturze społeczeństwa polskiego. Mniejszości nie są statystycznie istotne. Nie zmienia to jednak faktu, że osoby do nich należące nie borykają się z problemem wykluczenia lub marginalizacji. Mała  liczebność grupy osób wykluczonych lub zagrożonych wykluczeniem nie powinna zwalniać władzy publicznej z zainteresowania się jej problemami. A takie występują w przypadku dzieci romskich, o których specyficznej sytuacji nieraz zapomina się także w publikacjach na temat nierówności i segregacji edukacyjnych.

(more…)

No tags

Older posts >>

/