MIMOSZKOLNIE | Blog o edukacji i szkolnictwie.

Feb/10

17

Agnieszka Dziemianowicz-Bak: Notatki o komercjalizacji edukacji

Charakterystyczne dla neoliberalnej polityki edukacyjnej tendencje do urynkowienia (marketyzacji, komercjalizacji) edukacji nasilają się, w największym stopniu dotykając jej najniższego (edukacja przedszkolna) i najwyższego (szkolnictwo wyższe) poziomu. W odniesieniu tego drugiego, oficjalnym przejawem takiego stanu rzeczy jest m.in. wystosowany w grudniu ubiegłego roku przez Konferencję Rektorów Akademickich Szkół Polskich projekt strategii rozwoju szkolnictwa wyższego, w którym czytamy o konieczności „poszukiwania dodatkowych źródeł finansowania szkolnictwa wyższego, włączając fundusze prywatne, będące następstwem wprowadzenia zasady częściowej odpłatności za studia stacjonarne na uczelniach publicznych. Wobec tego kierunku działań nie ma realnej alternatywy, muszą one jednak zostać rozłożone w czasie”[1]. Rektorzy, proponując wspomniany projekt strategii, idą o milowy krok dalej (niestety w tym samym kierunku) co Minister Nauki i Szkolnictwa Wyższego Barbara Kudrycka, która w założeniach nowelizacji ustawy Prawo o szkolnictwie wyższym proponuje między innymi wprowadzenie dodatkowej odpłatności za studiowanie na drugim kierunku[2]. W podobnym, choć mniej radykalnym od głosu rektorów, tonie wyrażona jest konkurencyjna dla pomysłu KRASP propozycja, przygotowana na zamówienie Minister Kudryckiej przez firmę Ernst and Young[3].

Na chwilę obecną dysponujemy zatem dwoma projektami strategii. Funkcjonują one jako propozycje konkurencyjne, jednak aktualny wybór przed jakim stoi polskie szkolnictwo wyższe to de facto wybór pomiędzy komercjalizacją częściową a całkowitą.

Taka sytuacja domaga się głosu sprzeciwu. Choć głosy takie zaczynają się pojawiać, między innymi wśród publicystów, to niestety nie przekładają się na działania studentów, którzy chyba przyzwyczaili się już, że nie uważa się ich za istotną, opiniotwórczą grupę w społeczności akademickiej. Niepisaną zasadą kultury uniwersyteckiej jest zasada, że głosem akademii jest głos rektora. Monarchia (w najlepszym wypadku oligarchia) akademicka stanowi dominujący model w polskim szkolnictwie wyższym i można ją traktować jako jedną z przyczyn stagnacji studentów. Chyba, że brak lub niewielki rozmiar reakcji ze strony studenckich środowisk oznacza ich akceptację dla proponowanych zmian. Ja w to nie wierzę i w tej dobrej nie-wierze piszę ten tekst.

Konieczny jest sprzeciw wobec procesów komercjalizacji edukacji, będący sprzeciwem wobec ekspansji reguł wolnorynkowych w kolejne obszary życia społecznego, niezgodą na sprowadzanie edukacji do poziomu działalności, u podstaw której leżą interesy głównie, jeśli nie wyłącznie, instrumentalne. W sytuacji, gdy edukacją rządzą reguły wolnorynkowe, trudno mówić już bowiem o realizacji interesów praktycznych, a  tym bardziej emancypacyjnych. I nie chodzi tu o rozpacz nad tym, że uczenie się nie jest uczeniem się dla samego siebie, ale nad tym, że nie służy niczemu innemu niż tylko zdobyciu instrumentalnej wiedzy, poświadczanej dyplomem, którego wartość (również czysto instrumentalna) określana jest przez stanowisko, jakie dzięki jego posiadaniu można zdobyć, stanowisko dzięki któremu z kolei zwiększa się własne szanse na sukces rozumiany jako kumulacja i konsumpcja dóbr. Sprowadzenie dobrych kierunków do kierunków rynkowych (czy też „zamawianych”) grozi ukonstytuowaniem się społeczeństwa całkowicie zdeterminowanego przez prawa popytu i podaży. Nie chodzi też o krytykę gospodarki wolnorynkowej na rzecz jakiejkolwiek innej. Chodzi o krytykę społeczeństwa funkcjonującego jak przestrzeń towarowa. Urynkowienie takich obszarów przestrzeni społecznej, jak kultura, sztuka czy edukacja właśnie przynosi unifikację interesów leżących u podstaw różnych społecznych działań i interakcji, sprowadzając działania te do poziomu działań instrumentalno-strategicznych.

Rynki zmuszają aktorów społecznych do opierania swoich działań na rozważaniach innych, na sądach o kontekście, w którym się znajdują lub wynikach transakcji, dokonywanych przez innych, zamiast na namyśle wewnętrznym dotyczącym ich własnych celów, zgodnych z przyjętymi przez nich wartościami. Uczestnik jest nieustannie zmuszany do reagowania, osądzania, co było najlepszym posunięciem ex post. (…) Działanie na rynku posługuje się jedną wspólną walutą: dążeniem do zaspokojenia materialnych interesów[4].

Jeśli w obszar tego działania włączone zostają działania edukacyjne, a dzieje się tak w wyniku procesu komercjalizacji i utowarowienia szkół każdego szczebla, wówczas mamy do czynienia z podporządkowaniem bądź utożsamieniem celów edukacyjnych z konsumpcyjnymi. I przeciwko takiemu utożsamieniu sprzeciwem jest, niezbędna dziś, niezgoda na komercjalizację edukacji. W wyniku komercjalizacji, edukacja sprowadza się do inwestycji, jednak nie pojmowanej symbolicznie, jako inwestycji czasu i wysiłku w rozwój własny (którego „wartością dodaną” jest szansa na dobrze opłacaną pracę), a dosłownie rozumianej inwestycji finansowej, która, również w finansowej postaci, zwraca się, gdy  ukończywszy „rynkowy” kierunek zdobywa się pracę na określonym stanowisku. Do tego rodzaju inwestycji sprowadzić chcą edukację na poziomie wyższym twórcy strategii rozwoju szkolnictwa wyższego z KRASP. Zgodnie z ich wizją, problem związany z brakiem wystarczających środków finansowych na rozpoczęcie płatnych studiów przez część absolwentów szkół średnich ma być rozwiązany poprzez system kredytów, jakie tejże części absolwentów miałyby być oferowane przez banki. Pomijając wcale nie tak oczywistą kwestię woli i chęci ze strony banków do takich kredytów udzielania, jest to pomysł, który skazuje biedniejszych studentów na popadnięcie w długi jeszcze przed rozpoczęciem pracy zarobkowej. Pragnący dalej się kształcić niezamożny student staje bowiem przed wyborem: realizuje swoje marzenia o zdobywaniu wykształcenia za cenę zadłużenia i konieczności spłacania studiów przez kilka pierwszych lat pracy po ich ukończeniu albo, chcąc uniknąć „życia na kredyt”, próbuje łączyć studia z pracą zarobkową, co odbija się na poziomie jego wykształcenia; (gorszy stan wiedzy studentów pracujących, wbrew obiegowej opinii niekoniecznie jest rekompensowany przez zdobyte doświadczenie zawodowe. Najczęściej podejmowane przez studentów prace nie są pokrewne ani studiowanemu kierunkowi ani zawodom, których podjęcie planują po ukończeniu studiów. Również pracodawcy niechętnie zatrudniają absolwentów, którzy łączyli studia z pracą, postrzegając ich jako osoby niedouczone i narażone na szybsze wypalenie zawodowe). W jednym i drugim wypadku kształcenie się na studiach wyższych wymaga inwestycji finansowej, dla wielu – inwestycji wspartej na zadłużeniu.

Obecny stan szkolnictwa wyższego w Polsce domaga się zmian. System jest niesprawiedliwy, bo, jak często argumentują zwolennicy zmian idących w kierunku częściowej lub całkowitej komercjalizacji, miejsca na bezpłatnych dziennych studiach zajmowane są przez bogatszą młodzież z większych miast, dla osób z mniejszych miejscowości, nie pochodzących z inteligenckich rodzin ani z mieszczańskiej klasy średniej pozostają płatne studia zaoczne, wieczorowe lub w szkołach prywatnych. To trafna diagnoza. Czy jednak jedynym sposobem zaprowadzenia sprawiedliwości w systemie szkolnictwa wyższego ma być wprowadzenie powszechnych opłat? Jak słusznie zauważa Jarosław Chabaj, w momencie wprowadzenia opłat za studia na uczelniach publicznych, sytuacja już poszkodowanych dodatkowo się pogorszy, ponieważ „bogate dzieciaki z miast zdecydowanie poradzą sobie z nowymi wydatkami, a dla ich biedniejszych kolegów będzie to oznaczało kres marzeń o wyrwaniu się zaklętego kręgu reprodukcji biedy”[5]. Jeśli do wyboru mamy niesprawiedliwość polegającą na zróżnicowanej pod względem opłat ofercie szkół wyższych lub sprawiedliwość, która pogłębia społeczne rozwarstwienie, wybieram niesprawiedliwość. Niesprawiedliwość, która jednak pozostawia cień szansy dla najbardziej zdeterminowanych, najambitniejszych i mających najwięcej szczęścia młodych ludzi z niższych klas, mniejszych miast i uboższych rodzin. Wydaje się jednak, że to nie musi być jedyny wybór. Należy zastanowić się, jak poradzić sobie z nierównością w dostępie do edukacji na poziomie wyższym inaczej niż windując pozamerytoryczne kryteria tego dostępu. Należy opracować alternatywny projekt strategii rozwoju szkolnictwa wyższego, taki, który nie zakładałby pogorszenia i tak złej sytuacji. Jest to wyzwanie przede wszystkim dla środowisk lewicowych, ale także dla studentów, doktorantów, ruchów studenckich, które powinny walczyć w obronie interesów młodzieży akademickiej, nie tylko tej aktualnej, ale  i tej, która akademicką się stanie za lat kilka. Do studentów, do doktorantów: Czas się zabrać do roboty, przystąpić do debaty i rozpocząć walkę o kształt szkolnictwa wyższego w Polsce. Czas zabrać głos, który zbyt często więźnie Wam (nam) w gardle. Niech w tej sprawie głos rektora nie będzie jedynym głosem akademii.

Agnieszka Dziemianowicz-Bąk


[1] Strategia rozwoju szkolnictwa wyższego 2010-2020 – projekt środowiskowy, s. 47, http://www.krasp.org.pl/news/Strategia_I.pdf, 16.02.2010

[2] http://www.bip.nauka.gov.pl/_gAllery/73/10/7310/20091030_EEE_zalozenia_po_RM.pdf, 16.02.2010

[3] http://www.uczelnie2020.pl/docs/file/SSW2020_strategia.pdf

[4] Janson S., Rynki czy demokracja dla edukacji, [w:] Kwieciński Z. (red.), Nieobecne dyskursy, cz. V, Studia kulturowe i edukacyjne, Toruń 1997, s. 80

[5] Chabaj J., Niebezpieczeństwa komercjalizacji, http://www.krytykapolityczna.pl/Opinie/Chabaj-Niebezpieczenstwa-komercjalizacji/menu-id-197.html, 16.02.2010

[7] Chabaj J., Niebezbieczeństwa komercjalizacji, http://www.krytykapolityczna.pl/Opinie/Chabaj-Niebezpieczenstwa-komercjalizacji/menu-id-197.html, 16.02.2010

Tags: , , , , , , , , , ,

Brak komentarzy.

Zostaw odpowiedź

Poprzedni:

Następny:

/