MIMOSZKOLNIE | Blog o edukacji i szkolnictwie.

Oct/12

16

(Prawie) wszystko zgodnie z prawem.

 

W ujawnionej w poniedziałek, skandalicznej historii jednego z wrocławskich klubów malucha – punktu żłobkowo-przedszkolnego „Zaczarowana Kraina Puchatka” – nie ma pozytywnych bohaterów. Są ofiary – katowane dzieci – i wielu oprawców, spośród których jedni grzeszą chciwością, inni zaniechaniem.

Cyniczna, nastawiona na zysk ponad wszelką cenę właścicielka „Zaczarowanej Krainy Puchatka”. Opiekunki – niekompetentne, przedkładające swoje obawy przed utratą pracy, której nigdy nie powinny były wykonywać, nad elementarne dobro tych, na opiece których ta praca miała polegać. Rodzice, którzy widząc, że coś niedobrego dzieje się z ich dziećmi nie interweniują. Władze lokalne, które zamiast tworzyć publiczne, dostępne, spełniające podstawowe standardy opieki żłobki i przedszkola, wolą bez końca i z publicznych pieniędzy dopłacać do spektakularnej inwestycji-klapy w postaci stadionu, edukację pozostawiając prywatnym przedsiębiorcom i konsumującym ogromne środki budżetowe i/lub unijne organizacjom, które w celu optymalizacji kosztów zamieniają opiekę i edukację w chów klatkowy, wsadzając dzieci do kontenerów (i nazywając je wdzięcznie przedszkolami modułowymi) albo wiążąc je pieluchami, karmiąc zepsutym jedzeniem i kneblując. Część „zaoszczędzonych” w ten sposób pieniędzy przeznaczają na promocję i postawienie kolorowej strony internetowej z opublikowanymi zapewnieniami o wspieraniu rozwoju emocjonalnego, motorycznego, poznawczego i wszystkich innych rozwojów, o jakich przeciętny rodzic nawet nie wiedział, że mogą się jego dziecku przydarzyć. I w końcu władze centralne, opieszałe we wprowadzaniu prawa, dzięki któremu przestałoby być możliwe zakładanie i prowadzenie żłobka czy przedszkola w sposób, w jaki zakłada się i prowadzi myjnie samochodową, punkt ksero czy skład złomu.

Jak trafnie zauważył wrocławski pedagog, dr Paweł Rudnicki w zamieszczonym na Facebooku komentarzu: „Tak działa rynek”[1]. Rozliczany niemal wyłącznie z efektywności wydatkowania środków finansowych samorząd, szukając oszczędności oddaje edukację różnej maści przedsiębiorcom. Ci skwapliwie korzystają z popytu na ich usługi, czasami biorąc pod uwagę coś więcej niż bilans zysków i kosztów, czasami – jak w przypadku „Zaczarowanej Krainy” –  nie. Niektórzy inwestują w jakość oferowanej usługi, zatrudniając odpowiednio przygotowane opiekunki i opiekunów,  wielu – jedynie w jej opakowanie (strona internetowa „Zaczarowanej Krainy Puchatka” wygląda bardzo zachęcająco). W każdym wypadku popyt mają gwarantowany, bo zdesperowani rodzice, na próżno szukający miejsca dla swojego dziecka w miejskim żłobku lub przedszkolu, przystaną na wiele, by móc pogodzić pracę zarobkową (o ile akurat ją mają) z rodzicielstwem.

„Zaczarowana Kraina Puchatka” działała legalnie, choć zgodnie z przyjętą w zeszłym roku ustawą o opiece nad dziećmi do lat 3 (tzw. ustawa żłobkowa) wszystkie placówki sprawujące opiekę nad dziećmi (a więc także popularne kluby malucha, punkty żłobkowe itp.) muszą, po spełnieniu określanych ustawą wymogów, uzyskać wpis do rejestru w gminie. Oznacza to, że wszystkie powinny podlegać jednakowej kontroli. Jednak te, które powstały przed przyjęciem ustawy mają czas do kwietnia 2014 roku na uzyskanie takiego wpisu. Prywatne punkty żłobkowe,  takie jak ten przy ulicy Lipowej we Wrocławiu, jeszcze więc przez dwa lata mogą cieszyć się wolnością od jakiejkolwiek kontroli.

Czy dwa lata to dużo? Nie wiem, ale to więcej niż ukończone ma dziś większość z podopiecznych „Zaczarowanej Krainy”.

 


[1] Fragment komentarza „Z perspektywy systemowej: tak działa rynek. Zysk ponad dzieci. Nikt nie kontroluje jakości pracy (jakości usługi?), na którą rodzice skazani są z braku miejsc w publicznych żłobkach i przedszkolach. Kuratoria, wydziały edukacyjne nie mają obowiązku być w tych miejscach, a zatem przestrzeń do podobnych nadużyć jest olbrzymia. Właściciele traktują ten rodzaj biznesu jak każdy inny, maksymalizują zysk, pomijają detale. Z perspektywy miejskiej: tak działa rynek. Mamy stadion i reszta jest milczeniem. Nic nigdy nie otrzymałem od tego miasta, mimo, że jestem w nim od zawsze, od jakiegoś czasu płacę podatki i w zasadzie problemy z dziećmi dostrzegam od 15 miesięcy (wcześniej tylko mnie bulwersowały od jednej do drugiej medialnej wrzawy – mea culpa). Stadion, fontanna, utrzymywanie drużyny piłkarskiej z publicznych pieniędzy kosztem inwestycji w sprawy społeczne powoduje, że szukamy rozwiązań, które jak się okazuje są złe, bo ktoś w zamian za pieniądze nie wywiązuje się z umowy. Dobre publiczne wsparcie dla edukacji na każdym poziomie pewnie byłoby lepszym rozwiązaniem niż nietrafione, ale PR-owo celujące inwestycje. Władzo myśl! My mieszkańcy miasta też! Z perspektywy pedagogicznej: tak działa rynek. Pracuję w szkole, która masowo produkujemy nauczycieli przedszkolne. Dlaczego ich nie spotkałem w 8 żłobkach? Bo pewnie zareagowałyby i nie pozwoliły na krzywdzenie dzieci. Więc właścicielka (może inni podobnie?) nie korzystają z pomocy osób znających się na robocie, na rzecz tańszych, które bez skrupułów zajmą się krzywdzeniem dzieci zamiast pracą z nimi. Gorsi, tańsi – wypierają lepszych, droższych, profesjonalnych.
Z perspektywy rodziców: tak działa rynek. Zapracowani, sfrustrowani brakiem miejsc dla dzieci, poszukujący czegokolwiek, przestają zastanawiać się nad tym jak skorzysta dziecko. Idą na skróty, bylejakość, jakoś-to-będzie. Oddają dzieci do kiepskich miejsc, nie sprawdzając co oferują, jak pracują, co robią. Traktują edukację jako produkt zapominając o dobrostanie swoich dzieciaków”. P. Rudnicki, Facebook, 16.10.2012

 

Tags: , , ,

2 comments

  • daria · 16 October 2012 at 19:38

    Witam,
    to własnie ja jestem tą masowo produkowaną nauczycielka o której wspomina dr Rudnicki.O dziwo nie jest to tylko problemem tej placówki tzn. „Zaczarowanej Krainy”.Moje koleżanki będąc na praktykach stwierdziły wiele nieprawidłowości w innych placówkach tzn.szarpanie,krzyczenie na dzieci,wmuszanie jedzenia i ośmieszania na forum grupy.Rodzice otwórzcie oczy.Wiem,nie samym chlebem człowiek żyje,ale także wiem jak serce matki boli!
    Musimy głośnio wyrażać naszą dezapropade wobec takiego stanu rzeczy.Przyszłość naszego bycia zależy od naszych dzieci ,a państwo powinno chronić ich praw.

  • Katarzyna · 17 October 2012 at 09:07

    Ja również jestem nauczycielką; z zamiłowania i z wyboru, a nie dlatego, że “kierunek modny”, że “założę własny biznes”, “że się przyda” itp. Skończyłam pedagogikę (rewalidację) na UWr, jestem też wykwalifikowaną nauczycielką rytmiki po Szkole Muzycznej i pracując od wielu lat zawodowo właśnie jako rytmiczka spotykam się z różnymi sytuacjami w placówkach gminnych i prywatnych. Popieram opinię, że zaistniała sytuacja zaniedbań na wielu poziomach powtarza się w innych miejscach, w których dzieci powinny być otoczone opieką, zrozumieniem, cierpliwością, w której powinny się dobrze bawić, wręcz niezauważając kilkugodzinnej rozłąki z rodzicami – a zamiast tego są poddawane próbom musztry, przykro podawanej nauce – czy to toalety, czy jedzenia, czy wreszcie nawet zdyscyplinowania na z założenia przyjemnych zajęciach artystycznych. Brakuje podejścia korczakowskiego, szanującego dziecko jako człowieka, mającego prawo do własnych wyborów, do lubienia lub nielubienia kogoś/czegoś.
    Moim zdaniem pierwszym rodzajem zaniedbania jest oddanie pociechy przez rodzica do niesprawdzalnej (nie: niesprawdzonej) placówki. Jeśli rodzic nie ma możliwości wejścia na tzw. adaptację z dzieckiem do grupy, jeśli podczas rozmowy z szefem placówki ma jakieś wątpliwości, które nie są wyjaśnione i które zbywa sam w sobie słowami “bez przesady, moje dziecko da sobie radę”, “jakoś to będzie”, “tak musi być” – to już tu ryzykuje. I to ryzykuje dobrem, szczęściem, bezpieczeństwem swojego malucha. Sama jestem też rodzicem i uważam, że mam prawo i obowiązek pytać, wyjaśniać, interweniować, może i niektórzy powiedzą: “czepiać się”. W imię ochrony swojego dziecka przed złem, najzwyczajniej w świecie – i jestem dociekliwa.
    Druga sprawa: jeśli szef/kierownik/dyrektor placówki ma sygnały – czy to od swoich nauczycieli, pani sprzątającej czy od instruktora zajęć dodatkowych – musi interweniować. Nieraz jednak te sygnały do niego nie dochodzą – sama zaczynając pracę obawiałam się na początku odezwać czy przekazać moje wątpliwości zwierzchnikom opiekunów, którzy odnosili się do dzieci niewłaściwie. Tak więc społeczne przyzwolenie i znieczulica wraz z zasłanianiem się w stylu “to nie moja sprawa” to kolejny problem – mógłby być choć trochę uświadamiany przez tzw. władze, może na początek w ramach kampanii społecznych, zamiast wspomnianych “wtopowych” projektów typu stadion, nierozegrany mecz itp…
    Osobiście czytając pierwsze doniesienia o przestępstwie w “Zaczarowanej Krainie Puchatka” przeżywałam mieszane uczucia, od łez w oczach i żalu nad skrzywdzonymi, bezbronnymi maluchami, po gniewi wstręt wobec oprawców (zarówno właścicielek-pomysłodawczyń, jak i dziwnie długo zbierających dowody opiekunek). Wzruszyłam się jako matka i jako nauczyciel – i tym mocniej zachęcam do piętnowania jakichkolwiek zachowań, które zagrażają komfortowi i człowieczeństwu dzieci, czy to będzie jaskrawe zmuszanie dziecka do jedzenia i krzyki, czy trudniejsze pod kątem wytłumaczenia niewłaściwości postępowania – zmuszanie do uczestnictwa w grupowych zajęciach “bo wszyscy muszą teraz tańczyć w kółeczku, ty też, nawet, jak nie lubisz czy nie masz humoru”.
    Pozdrawiam serdecznie i łączę się w akcji nie-milczenia!

Zostaw odpowiedź

Poprzedni:

Następny:

/